XII Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego
15-16 maja 2010 r.

W miastach, miasteczkach, a nawet turystycznych metropoliach mieszkają ludzie, którzy bezinteresownie i z pasją oprowadzą chętnych po swoim rynku, klasztorze czy dzielnicy. W tej roli sprawdza się emerytowany górnik, urzędniczka gminna albo brat zakonny.

Jest też studentka – wita grupę zwiedzających, prowadząc przedwojenny rower po dziadku. Pojazd ten, ciągle w użyciu, świadczy o zamiłowaniu dawnych mieszkańców Brzeszcz do rzeczy solidnych.

„W tym domu spędziłam dzieciństwo – opowiada pani Barbara z Alwerni. Za ścianą mojego pokoju była poczta i telefon, rzecz w latach 50. rzadka. Kiedy telefonistka odbierała zgłoszenie o pożarze stukała do nas w ścianę. Wtedy ja dawałam znać ojcu i on uruchamiał syrenę wzywającą strażaków.”
Zawodowi przewodnicy rzadko mówią w pierwszej osobie. Nie opowiedzą nam o tym, że jako dziecko słyszeli o duchach grasujących na rozstajnych drogach, gdzie, według sąsiadek staruszek, był w dawnych czasach kościół. Jak dawnych? – Bardzo. Przewodnik-mieszkaniec doda, że fundamenty kościoła rzeczywiście całkiem niedawno tam odkryto. No patrzcie państwo – zdziwi się turysta.
Wycieczka podąża za solidnym, wąsatym panem. Zatrzymuje się, gdy pan Zygmunt, emerytowany górnik, wita się z sąsiadem. Sąsiad chętnie pokaże wszystkim, jak wygospodarował sobie kabinę prysznicową w starym budynku, gdzie, podobnie jak w śląskich familokach z początku wieku, łazienek w mieszkaniach nie było. Inny sąsiad otworzy komórkę, gdzie stoi jeszcze stary kocioł do grzania wody na kąpiel. Taka łazienka sprzed 50. lat podoba się dzieciom turystów.
Pan Marek oprowadza uzbrojony w rodzinny album: to moja siostra w przedszkolu górniczym, na początku lat 50.
„Już w sierpniu siadałam na schodach i czyściłam łyżwy, żeby móc zjechać na nich z tej górki jak przyjdzie zima. Mało kto miał łyżwy, dumna się z nich czułam.” Na alwernijskim rynku stoi stary, piękny dom, przy nim jezdnia opada stromo. Zimą, pół wieku temu, dobrze po niej łyżwy niosło.
Inna pani z górniczego miasteczka opowiada historię, dzięki której turyści zapamiętają, że Śląsk to Śląsk, a Małopolska to inny świat – chociaż za miedzą (albo za mostem na Wiśle). „Rower był cenną rzeczą, dzieci nie miały własnych rowerów, a chciały się nauczyć jeździć. Ja nauczyłam się dzięki gospodyniom, które przyjeżdżały do Brzeszcz na rowerach z Woli albo Góry – wsi po drugiej stronie Wisły, czyli ze Śląska. Przeprawiały się przez most albo promem. Potem rowerem jechały na Starą Kolonię sprzedawać masło, jaja i ser. Kiedy zostawiały rower pod domem i ruszały ze swoimi produktami po mieszkaniach, wśród dzieci rozchodziła się wieść: Prusaczka na rowerze przyjechała! Należało wykorzystać ten moment i zrobić szybko parę kółek, żeby właścicielka nie zauważyła. Na ogół się udawało, potem pewnie zastanawiała się, czemu ma scentrowane koła…”

W Polsce nie ma organizacji krajowej zrzeszającej i wspierającej (np. szkoleniami) nieprofesjonalnych przewodników. Wynika to zapewne właśnie z obawy zawodowych przewodników przed konkurencją oraz z tego, że wolontariat na rzecz społeczności lokalnych nie jest u nas jeszcze popularny.

Przewodnicy – amatorzy uzupełniają ofertę osób zawodowo trudniących się oprowadzaniem wycieczek. Opowiadają zwykle w pierwszej osobie i ponad twarde fakty historyczne przedkładają osobiste i wspólnotowe doświadczenie.
Zwiedzając z zawodowymi przewodnikami patrzymy na miejsce z innej perspektywy niż wędrując po mieście z mieszkańcami. Ci ostatni okazują się niezastąpieni tam, gdzie nie znajdziemy profesjonalnych przewodników – czyli w większości małych miast, miasteczek i wsi. 

Mieszkańcy-przewodnicy w swoich miejscowościach są wspierani przez lokalne instytucje kultury, najczęściej biblioteki. W większych miastach, gdzie działają miejskie muzea, gromadzą się jako grupy wolontarystyczne (koła przyjaciół muzeum) przy tych palcówkach, bywają uzupełnieniem oferty tej palcówki. W mniejszych, gdzie nie ma instytucji zatrudniających zawodowych przewodników, są wspierani merytorycznie przez biblioteki lub ośrodki kultury. Często, jako regionaliści, należą do stowarzyszeń pielęgnujących lokalną kulturę i tradycje. Przez lokalne władze bywają wyróżniani, doceniani i brani pod uwagę w dialogu społecznym. Nie miewają zwykle tremy w kontaktach z mediami. Poświęcają swój prywatny czas i energię. Pokazują turystom pamiątki rodzinne. Dają się wciągać w dyskusje i dostają od tego chrypki, bo nie nawykli do długiego mówienia. Lubią turystów. Lubią swoich współobywateli. Nade wszystko jednak lubią swoje miasteczko, klasztor, park czy dzielnicę.

W czasie XII edycji MDDK z mieszkańcami-przewodnikami możemy się spotkać, zwiedzając Starą Kolonię – osiedle domów górniczych w Brzeszczach (pow. Oświęcim) i Alwernię (pow. Chrzanów).