Obozowe tanga, romanse w pustych biurach po godzinach pracy, wakacyjne miłości… lato jest wyjątkową porą jeśli idzie o zakochanych. Czy ma się to jakkolwiek do działań muzeów, oprócz tego, że randki stają się jeszcze silniejszą niż zwykle konkurencją dla muzealnych wizyt? (swoją drogą, aż się prosi, by muzea czasem zapraszały do siebie na randki). Czego możemy się nauczyć od zakochanych, aby wzmocnić choć trochę intensywność muzealnych przeżyć i poziom zadowolenia naszych gości… zakładając na wstępie, że muzeum nigdy aż tak bardzo nie odurzy i nie zawróci w głowie, nie dostarczy tak ekstremalnej satysfakcji, jaką dać może zakochanie. Dlaczego?

Bo to jest coś najważniejszego na całym świecie. Wyjątkowy prezent. To jest coś prywatnego. To jest coś, co powstaje pomiędzy. To jest coś bez wątpliwości. To jest przeżycie o ogromnej intensywności: doceniające, wyjątkowe, osadzające w chwili (a nie tylko w długim trwaniu), dodające energii. Wzmacnia marzenia, budzi tęsknotę, daje siłę do działania, nadaje niespotykanej mocy prostym przyjemnościom… Czy może to brzmieć choć trochę jak opis muzealnego doświadczenia?

all you need is love

Co najmniej kilka elementów tego amatorskiego opisu zakochania powinno zabrzmieć znajomo w kontekście kreowania muzealnych doświadczeń. Po pierwsze, dobra wizyta ma charakter tożsamościowy: to znaczy, że dowiadujemy się czegoś istotnego o sobie, o nas, o świecie, w którym żyjemy. To doświadczenie, w przypadku zakochania, jest jednak z zasady doceniające, bez wnoszenia zastrzeżeń: tutaj chodzi o pełną akceptację drugiego człowieka, właśnie takiego, jaki jest, bez konieczności zmian ani… przygotowania się do przyjścia do muzeum. Po drugie, fenomen zakochania opiera się na tym, że jest to budowanie pewnej mocnej relacji. I najważniejsze jest w niej spotkanie (to, co „pomiędzy”, nie np. wiedza).

Mówienie o muzeach jako o przestrzeniach spotkań i budowania relacji jako o miejscach tożsamościowych prowadzi logicznie do ponownego przemyślenia funkcji eksponatu. Znów bardzo dobrze rolę przedmiotów widać, patrząc na zakochanych: one służą budowaniu relacji, dostają nowe znaczenia, często niezrozumiałe dla kogokolwiek innego, ale z pewnością istotne i osobiste. W muzeum eksponaty mogą wzmacniać spotkania i pomagać w tworzeniu relacji pod warunkiem, że zostaną potraktowane jako obiekty społeczne, czyli przestaną opowiadać tylko o sobie samych, więcej: nie będą tylko świadectwem dziejów ani reprezentacją podobnych sobie rzeczy. Owszem historie, które za eksponatami stoją, są kluczowe, a ich istota ma zasadnicze znaczenie, ale ostatecznie przecież nie o przedmioty chodzi, prawda?

Wreszcie trzecia kwestia, przypominająca mi często wyśmiewany koszmar brazylijskich seriali. Chodzi mi o natrętny, pojawiający się wciąż tekst „musimy porozmawiać”. Halo, czy zakochani w kółko rozmawiają o swoim związku? Tak, pewnie poświęcają mu dużo uwagi, ale przecież wpadli na siebie właśnie ze względu na to, jacy są jako ludzie: wyjątkowi, ciekawi, piękni… Muszą pewnie robić wiele rzeczy, ale raczej niekoniecznie muszą poważnie rozmawiać o swoich związkach. Muzea natomiast mają niezwykle silnie zakorzenioną potrzebę opowiadania o sobie, a także o muzealnictwie, zapominając o tym, że są częścią świata, który pomagają nam zrozumieć, przy okazji interpretując jakiś jego fragment. No więc tak, jak wcale nie musimy bez przerwy poważnie rozmawiać „o nas”, tak samo muzea nie muszą epatować mnóstwem informacji o sobie i muzealnictwie. Zgadzam się, że to jest ważne, aby rozmawiać o tym, czym muzea są i czym mogą się stać. Ale czy ktoś sądzi, że to jest główny powód, dla którego przyjdą do nas goście?

Rozumiem, są pewnie granice, których nie da się przekroczyć, jeśli muzea mają nadal być sobą. Ale czy możemy zamarzyć sobie, przy okazji tego lata, że na jakiś czas będą oferować więcej przygód i suspensu, a mniej bezpieczeństwa, przewidywalności i rutyny, że się tęskni, że to nie jest źle, że się tęskni, że nie wszystko jest wypowiedziane do bólu, że wzmacniamy wolność, a nie działamy autorytarnie…

Jasne, nie ma co konkurować z miłością. Ale coś w tym temacie możemy zrobić.
Możemy otaczać (zainteresowaniem, wsparciem), a nie osaczać.
Uskrzydlać, a nie usidlać.
Jak w dobrym wakacyjnym romansie.
A kiedy on już się skończy (choć czy na pewno musi? i czy naprawdę może się definitywnie skończyć?), to nic nie będzie już takie samo, jak wcześniej. I wtedy nie musimy wcale deklarować tytułowej miłości do eksponatu, bo najważniejsi naprawdę będą ludzie i ich spotkania.