Przeglądając liczne regionalne dokumenty strategiczne nie sposób nie zauważyć, że bardzo często posługują się one kategorią „przemysłów czasu wolnego”. Termin ten, od niedawna stosowany w języku polskim, jest tłumaczeniem angielskiego „leisure industry” obejmującego swoim znaczeniem gałęzie gospodarki związane z rozrywką, rekreacją, turystyką, lifestylem. Kategoria przemysłów czasu wolnego jest stosowana przez socjologów i antropologów kultury, dla których jest ona wyznacznikiem globalnych zmian w zakresie mobilności, wolnego czasu, turystyki, kultury popularnej, nowych technologii, stylów życia. Słowo to stało się równie popularne wśród ekonomistów i ekspertów zajmujących się rozwojem gospodarki, dla których jest ono kluczem dla opisu nowej „ekonomii emocji i wrażeń”, problematyki rozwoju regionalnego, gospodarki kreatywnej, funkcjonowania nowoczesnych metropolii.
Włodarze miast, decydenci samorządowi, eksperci i doradcy od rozwoju uczestnicząc w działaniach dotyczących planowania rozwoju regionalnego, konstruując dokumenty strategiczne, wyznaczając priorytety, posługują się różnymi modelami myślenia o kulturze. Wciąż poszukują jej miejsca (i znaczenia) na mapie podejmowanych działań inwestycyjnych. W działaniach tych posiłkują się wiedzą naukową oraz ekspercką, przejmując trendy, definicje, teorie rozwoju, podejścia metodologiczne. Z tego źródła do języka polskich samorządów trafiło podejście do kultury, jako przemysłów czasu wolnego, które akcentuje ekonomizację (kultura jako obiegi ekonomiczne), komercjalizację (dziedzictwo jako zasób dla gospodarki), „kreatywizację” (kompetencje kulturalne jako zasoby dla innowacyjnej pracy i przedsięwzięć) kultury. Zatem kultura ma być kapitałem, który ma procentować, ma być sektorem racjonalnie zarządzanym w zgodzie ze wskaźnikami efektywności oraz mierzalnym pod względem produktywności. Ludzi w tym systemie traktuje się jako klientów (odbiorców) kultury, którzy cenni są jako płatnicy – kiedy są turystami, odbiorcami oferty kulturalnej, klientami hoteli, restauracji, parków rozrywki, itp.
Warto zwrócić uwagę na nurt krytyczny w naukach społecznych i humanistycznych w stosunku do takiego podejścia wobec kultury, dziedzictwa, więzi społecznych. Można znaleźć wiele krytycznych tekstów o utowarowieniu kultury , o zaniku przestrzeni kooperacji i relacji międzyludzkich nie polegających na wymianie ekonomicznej/pieniężnej, o buncie kadr kultury wobec mierzenia ich produktywności, o zaniku sfery sacrum i ducha w kulturze, o disneylandyzacji przestrzeni miast czy wsi, które stają się parkami kulturowymi dla turystów i klientów ofert czasu wolnego.
Z drugiej strony decydenci planujący rozwój lokalny muszą bardzo racjonalnie podchodzić do sztuki, kultury, dziedzictwa. Z ich punktu widzenia najważniejsze są powiązania tych sfer z rozwojem gospodarczo-społecznym. Na tym polu szukają przewag konkurencyjnych i możliwości ich rozwoju: zasobów dla turystyki, przedsiębiorczości w dziedzinie kultury, kompetencji pracowników, jakości życia. W skrócie opisują ten priorytet jako „miasto kreatywne” czy też „region przyjazny turystom”. Wiele razy mogłem na różnych spotkaniach branżowych usłyszeć spory animatorów i artystów z samorządowcami i ekspertami o podejście do kultury – czy dominować ma produktywność i ekonomia czy artyzm/ideowość? Poniekąd jest to spór ciekawy, ale na gruncie zarządzania kulturą lepiej jest szukać dróg porozumienia, tak aby oba języki się przenikały, a strategie rozwoju były tworzone w obecności współczynnika humanistycznego.

Mam problem z pojęciem „przemysły kreatywne”, bo wiąże się z ekonomizacją kultury. Z drugiej strony, miasta, w których tak zwane przemysły kreatywne funkcjonują, są chyba miastami dobrymi do życia. Ten rodzaj gospodarki zdaje się stanowić najmniejsze zagrożenie dla środowiska naturalnego, nie szpeci krajobrazu tak bardzo jak inne, poza tym, przyciągając pewien rodzaj ludzi, tworzy ciekawszą i bogatszą strukturę społeczną. Podsumowując: tak, chciałbym mieszkać w mieście przemysłów kreatywnych; nie chciałbym natomiast mieszkać w mieście, którego kreatywność widoczna jest tylko na billboardach. (źródło: Wywiad z Jarosławem Suchanem, Regionalny Kongres Kultury w Łodzi)