Rozmowa z Anną Komorowską, animatorką coachką w projekcie „DIY. Tryb warunkowy”:
Myślę, że to w ogóle jest problem naszych czasów, że ciągle robimy, robimy, robimy, a nie dajemy sobie czasu na refleksję, na rozważenie czegoś z różnych punktów widzenia, na projektowanie, badanie, po prostu bycie…

Wera Idzikowska: Aniu, współpracujemy przy projekcie dotyczącym animacji społeczno-kulturowej, a ty jesteś edukatorką przestrzenną i architektką, w związku z tym chciałam zapytać – co z potencjałem animacyjnym przestrzeni? Zauważyłam, że ludzie często nie obdarzają przestrzeni większą refleksją, nie zastanawiają się, co ich otacza, co można z tym zrobić, czy można tę przestrzeń przekształcić albo dostosować do swoich działań lub działania zaprojektować właśnie w oparciu o konkretne miejsce. Częstokroć, tworząc projekty animacyjne na wsiach, ludzie zatrzaskują się w lokalnych ośrodkach kultury, nie wychodzą dalej, nie szukają innych miejsc, nie próbują takich miejsc wytworzyć. Zresztą, nie przekształcają nawet tych przestrzeni, które już istnieją, ale niekoniecznie odpowiadają naszym potrzebom.

Anna Komorowska: Taka sytuacja jest prawdopodobnie konsekwencją braku edukacji. Ludzie po prostu nie wiedzą, że mogą coś zrobić z przestrzenią lub w przestrzeni, a jeśli nawet podejrzewają, że mogą, to nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Oczywiście nie możemy załamywać rąk, w Polsce zaczęła się rozwijać tradycja ogrodów tymczasowych, coraz więcej jest działań z przestrzenią i wobec przestrzeni, choć trzeba przyznać, że pojawiają się one głównie w dużych ośrodkach miejskich: w Warszawie, Krakowie, we Wrocławiu, w Poznaniu. W małych miejscowościach wciąż brakuje świadomości własnej sprawczości, własnych możliwości. I tego, że – aby czegoś dokonać, nie potrzeba fortuny! I że wcale nie jest tak, że każde działanie w przestrzeni musi poprzedzić ogłoszenie konkursu, przetarg i projekt czy że muszą się znaleźć bardzo profesjonalni wykonawcy itd. Poza tym bardzo często ludzie nie widzą potrzeby ingerencji w przestrzeń, to z kolei wynika z braku edukacji estetycznej i architektonicznej. Kiedy patrzę na niektóre z gminnych ośrodków kultury, mam ochotę wyciągnąć farbę i pomalować ściany, bo są okropne, w nieprzyjemnych kolorach i w dodatku ućkane plakacikami w jakimś nieporadnym układzie. „Pędzel otwiera mi się w kieszeni”, a mieszkańcy nie widzą problemu, nie widzą, że coś jest nie tak, bo właśnie – albo nie wiedzą, że mogłoby być inaczej, albo wiedzą, ale nie czują odpowiedzialności za tę przestrzeń, uważają, że to nie ich sprawa, to nie oni powinni ją zmieniać. Bardzo ważne w takich wypadkach jest zbudowanie wspólnoty wokół sprawy – zgromadzenie grupy ludzi, którzy poczują, że przestrzeń należy do nich i że fajnie byłoby sprawić, żeby była przyjemniejsza. Jako edukatorka przestrzenna optuję także za tym, żeby jak najczęściej pokazywać ludziom, jakie mają możliwości, dawać im konkretne przykłady, bo to uświadamia, że naprawdę się da.  Bardzo cieszę się, że tegoroczna Giełda Projektów organizowana przez Narodowe Centrum Kultury została w całości poświęcona przestrzeni publicznej.

WI: Myślę, że równie ważne w projektach animacyjnych jest uświadomienie ludziom, że to nie sama zmiana w przestrzeni jest celem. Celem w rozumieniu animacyjnym może być zmiana postrzegania danej przestrzeni w ludziach, którzy dokonują jej przekształcenia, albo integracja tych ludzi wokół tego tematu, tej akcji. Celem może być też stworzenie miejsca spotkań. To nie jest tak, że kiedy budujemy plac zabaw w ramach działań animacyjnych, to najważniejsze dla nas jest, żeby miał jak najwięcej bajerów i wyglądał jak z czasopisma architektonicznego. Ważny jest sam proces tworzenia tego placu zabaw, zaangażowanie ludzi, jakie wytwarza się wokół tej idei, ale też na przykład budzenie poczucia sprawczości u osób zaangażowanych w tworzenie placu – niech nasze dzieciaki samodzielnie zadecydują, jak ten plac zabaw powinien wyglądać. To przecież one będą spędzać tam najwięcej czasu.

AK: Przede wszystkim, kiedy dzieci same zadecydują o tym, jak plac zbaw ma wyglądać i będą współpracować przy jego budowie, to później tego placu zabaw nie zniszczą. To jest kształtowanie pewnych postaw, które szczególnie sprawdza się w dzielnicach i miejscach, w których zdarza się dewastacja przestrzeni. Tam najlepszym rozwiązaniem okazuje się wyjście do ludzi i zrobienie czegoś razem z nimi po to, żeby poczuli się za tę rewitalizowaną czy przekształconą przestrzeń odpowiedzialni. Z tą odpowiedzialnością za przestrzeń to jest w ogóle bardzo duży problem – ludzie uważają, że przestrzeń publiczna do nich nie należy, że należy do organów władzy miejskiej czy gminnej. Instruktor w gminnym ośrodku kultury często nie pomyśli, żeby zmienić jakoś przestrzeń dookoła siebie, bo przecież ona należy do gminy, więc to oni, urzędnicy gminni powinni przyjść i to zrobić. Nie bierzemy odpowiedzialności za przestrzeń, w której się poruszamy, zrzucając tę odpowiedzialność na innych: samorząd, państwo itd. Zawsze znajdzie się ktoś bardziej odpowiedzialny. W ten sposób umywamy ręce, szukamy sobie wymówek. Bardzo często także uważamy, że przestrzeń dookoła nas nie jest nasza i boimy się w nią ingerować, żeby nie zostać obciążonymi jakimiś karami.

WI: Często również boimy się, że zrobimy coś, co innym bywalcom też przestrzeni po prostu się nie spodoba. Że nam nie wyjdzie, że będzie nijakie, że będzie ręką dziecka – ludzie tego nie zaakceptują.

AK: Wiesz, bardzo mi się podobała postawa Gosi Skop-Trybulskiej z „DIY. Trybu warunkowego”, która w ogóle nie miała tych wszystkich rozterek. Gosia na co dzień pracuje w Myślcu, tam jest takie miejsce, gdzie dzieci się bawią, takie niewielkie miejsce piknikowo-sportowe. W ogóle nie zastanawiała się, do kogo to miejsce należy, razem z chłopakami z Myślca wykopała dół i zrobili tam bulodrom, a w pobliżu huśtawki ustawiła dla najmłodszych kuchnię błotną. Nie było w ogóle pytań, czy ona może to zrobić albo czy to będzie dobrze wyglądać. Nie, po prostu to zrobili!

WI: To było tym fajniejsze, kiedy się wie, że pomysł Gosi nie był „od czapy”. Ona dobrze wiedziała, że mieszkańcy Myślca grają w petankę i że ten bulodrom będzie wykorzystywany, bo wiele osób z tej wsi grywa w bule na własnych podwórkach. Bardzo ważne jest, żeby nie budować rzeczy niepotrzebnych, z których nikt potem nie skorzysta.

AK: Ta zasada w ogóle tyczy się pracy z przestrzenią i pracy animatora – żeby dobrze zdiagnozować potrzeby, trzeba dać sobie czas na obserwację danego miejsca, danej społeczności. Ale pamiętajmy też, że potrzeby ludzi się zmieniają, człowiek się zmienia, a wraz z nim jego oczekiwania. Tak samo przestrzeń – domowa czy publiczna zmienia się w zależności od naszych potrzeb, więc dobrze byłoby, gdyby istniała możliwość odpowiadania na te zmiany. Niestety większość dotacji służy projektom krótkoterminowym, a szkoda, bo często nie możemy sobie pozwolić na czuwanie i odpowiadanie na kolejne potrzeby ludzi, z którymi pracujemy. Na przykład w tym roku zbudujemy plac zabaw razem z dziećmi i rodzicami, a w przyszłym roku dobudujemy miejsce piknikowe, bo rodzice informują nas, że nie mają gdzie spędzać czasu, podczas gdy ich dzieci się bawią.

WI: No tak, łatwiej jest działać, kiedy ma się wieloletnie dofinansowanie albo kiedy jest się zatrudnionym w lokalnym ośrodku kultury i działania można uruchamiać w oparciu o finansowanie z budżetu tego ośrodka, z czym wiemy, że też bywa różnie… Mimo wszystko zatrudnienie w takim ośrodku jest perspektywą o tyle lepszą niż działanie freelancerskie, że jest sytuacją stabilniejszą dla animatora. Zwykle kiedy kończy się grant, kończą się też pieniądze na życie, a w ośrodku kultury powinniśmy dostawać w miarę stałą wypłatę. Z powodu braku środków operacyjnych rzadko udaje się kontynuować rozpoczęte działania, a wynagrodzenie animatorów nie umożliwia im filantropii.

AK: Tak, to bardzo złożony problem. Wiesz, nawet świetne stowarzyszenie Z Siedzibą w Warszawie mówi mi, że ma ogromny kłopot z pozyskaniem pieniędzy na kontynuację swoich działań. Robią świetne projekty, one się kończą i nie mogą ich pociągnąć dalej, choć jest ku temu wola społeczna.

WI: To też trochę wina zanurzenia się w innowacyjności, przekonania, że wszystko musi być nowe i świeże.

AK: Myślę, że to w ogóle jest problem naszych czasów, że ciągle robimy, robimy, robimy, a nie dajemy sobie czasu na refleksję, na rozważenie czegoś z różnych punktów widzenia, na projektowanie, badanie, po prostu bycie. Nasi przodkowie uważali, że jeśli chce się wybudować dom, to na działce, na której dom ma stanąć, trzeba spędzić rok – być tam o każdej porze roku, o różnych porach dnia i zobaczyć, skąd wieje wiatr, a gdzie gromadzi się woda po ulewie, poczuć tę przestrzeń, popytać ludzi o to, co jest dookoła, zebrać ich spostrzeżenia, potem wymyślić jeden projekt, potem go przekształcić…

WI: Obecnie tworzymy wnioski, w których opisujemy działania, zmiany, ruch. Potem o tym raportujemy. A jak raportować o tym, że nic się nie dzieje, że teraz jest faza obecności i obserwacji? I jak uwzględniać taką fazę we wniosku, jeśli wymaga ona czasu, a projekt może trwać raptem pół roku? Kiedy podczas warsztatów zadaję pytanie, czy animator może być niewidoczny, czy może nie zmieniać, ale utrwalać sytuację zastaną – czy to jest animacja, uczestnicy czują się zazwyczaj skonfudowani. Mówią, że w animacji chodzi przecież o zmianę, odkrywanie potencjałów, ruch.

AK: Widziałam niedawno genialny raport z pewnej rezydencji artystycznej dwójki artystów – przedstawiony w formie diagramu, ile godzin poświęcili na konkretne czynności, na przykład godziny odpisywania na maile, godziny rozmów z ludźmi, godziny poświęcone na spanie, nicnierobienie, gapienie się w niebo itd. Te wszystkie punkty to bardzo istotne elementy całego procesu. To w ogóle jest pytanie o sens naszego życia – dlaczego nie dajemy sobie czasu, żeby się ponudzić?

WI: To też pytanie, czym jest dla nas nuda. Ale to już na inną rozmowę. Dzięki, Aniu!