Rozmowa z Elżbietą Rusnak, uczestniczką projektu „DIY. Tryb warunkowy”:

Zdałam sobie wtedy sprawę, że w życiu nie warto być Zosią Samosią, dookoła nas są przecież ludzie, którzy mogą pomóc, trzeba się tylko o tę pomoc zwrócić. Warto prosić i współpracować.

Wera Idzikowska: Na początek chciałabym zapytać o motywację – dlaczego zgłosiłaś się do programu „DIY. Tryb warunkowy”?

Elżbieta Rusnak: Najpierw informacje o rekrutacji do „DIY. Tryb warunkowy”dotarły do mojego szefa, dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury w Łukowicy. Mój szef jest  świetnym człowiekiem i zwierzchnikiem, dla których ogromnie ważny jest rozwój zawodowy pracowników i zdobywanie przez nich  nowych doświadczeń . Pewnego dnia szef zagadnął mnie na korytarzu i powiedział o możliwości uczestnictwa w programie szkoleniowym dla animatorów, pytając, czy chciałabym spróbować swoich sił. Zgodziłam się, bo czułam, że potrzebuję wsparcia w działaniach animacyjnych, które staram się podejmować. Prowadziłam wtedy między innymi koła zainteresowań dla dzieciaków: plastyczne i teatralne. Współorganizowałam różne wydarzenia kulturalne w GOK-u.

Zgłaszając się do programu, myślałam, że będę po prostu uczestniczyła w warsztatach i słuchała wykładów, że to będzie taki tradycyjny kurs. Ale rzeczywistość okazała się zdecydowanie barwniejsza. „DIY. Tryb warunkowy” różni się od większości projektów szkoleniowych; przede wszystkim dał mi możliwość spojrzenia z dystansu na moją pracę i na społeczność lokalną, w której pracuję. Dzięki diagnozie wspólnie dokonanej ze szkolącymi nas animatorami zobaczyłam rzeczy dotyczące Łukowicy, których dotychczas nie zauważałam albo uważałam, że są mało istotne. U nas żyje i tworzy tylu niesamowitych ludzi, których potencjału na co dzień nie wykorzystujemy! Artyści, projektanci, konstruktorzy, pasjonaci…

Równie ważne dla mnie było rozbudzenie pewności siebie, co udało mi siędzięki samodzielnemu wymyślaniu i prowadzeniu projektu dla społeczności lokalnej. To jest działanie głęboko doświadczające. Uzmysłowiłam sobie, że animator to taki człowiek orkiestra – w tym projekcie byłam jednocześnie koordynatorką, organizatorką, księgową, pedagożką, instruktorką, woźną, promotorką… Zdałam sobie wtedy sprawę, że w życiu nie warto być Zosią Samosią, dookoła nas są przecież ludzie, którzy mogą pomóc, trzeba się tylko o tę pomoc zwrócić. Warto prosić i współpracować.

WI: Projekt „Kreatywność klatka po klatce”, który zrealizowałaś w Łukowicy, pokazuje na twoim przykładzie, że wcale nie jest tak trudno nawiązać współpracę. Nie tylko stworzyłaś więź z zespołem pracującym w twoim ośrodku kultury, współpracowałaś na bieżąco z instruktorami oraz współtworzyłaś razem z gimnazjalistami przestrzeń, w której mogli spotykać się, dyskutować i działać, ale wyszłaś również poza mury GOK-u i nawiązałaś kontakty z decydentami lokalnymi, zapraszając ich do wzięcia udziału w projekcie.

ER: Hm, najbardziej cieszę się z tego, że do ośrodka udało się przyciągnąć młodych ludzi i wspólnie z nimi tworzyć ten projekt. Dałam im pewne ramy – robimy animacje poklatkowe na temat pasji i marzeń trzech zaproszonych do projektu lokalnych twórców. O reszcie decydowali sami, ja starałam się tylko stwarzać im odpowiednie warunki. Duże znaczenie miało moim zdaniem to, że zaproszeni do współpracy instruktorzy również są bardzo młodymi ludźmi, między nimi a uczestnikami nie było więc bariery pokoleniowej, a to sprawiło, że łatwiej dało się kooperować w grupie.Niewiele młodsi od swoich instruktorów uczestnicy warsztatów mogli zobaczyć, że dzięki pasji i przy odrobinie samozaparcia można wiele osiągnąć i robić w życiu to, co się lubi.

WI: Tak, ten zabieg bliskości pokoleniowej był świetnym pomysłem. Młodzi ludzie mogli zobaczyć, że naprawdę się da i nie potrzeba gwiazdki z nieba, żeby realizować swoje pasje. Czy pojawiły się jakieś trudności podczas współpracy – z GOK-iem, instruktorami, twórcami, młodzieżą…?

ER: Na największe trudności natknęłam się w pracy z samą sobą. Ciężko mi było przekonać siebie, że to wszystko w ogóle może się udać. Pierwszy raz w życiu realizowałam autorski projekt i początkowy chaos organizacyjny wprawiał mnie w przygnębienie. Również mała liczba osób uczestniczących w projekcie– to było dla mnie stresujące. Zakładałam, że animacja poklatkowa jest na tyle fajna, że zgłosi się więcej młodzieży, że to powinno wiele osób zaciekawić, chwycić. A potem na warsztatach pojawiła się raptem ósemka uczestników. Dopiero z czasem docierało do mnie, że moje przekonania nie muszą być równoznaczne z oczekiwaniami młodzieży. Kiedy zaczęłam się baczniej przyglądać swojemu środowisku, okazało się również, że nie wzięłam pod uwagę jego specyfiki – Łukowica to tereny sadownicze, podczas wakacji młodzież pomaga rodzicom w sadach albo wyjeżdża do pracy.

WI: W działaniach nakierowanych na współpracę z określoną grupą ludzi ważne jest, żeby poznać swojego odbiorcę. Niewiele jest propozycji adresowanych do gimnazjalistów, specjalnie skrojonych na ich potrzeby oraz oczekiwania, nie są więc przyzwyczajeni, że ktoś im proponuje jakiś rodzaj współdziałania. Trudno się dziwić, że jeśli pojawi się jakaś propozycja, nie podążają za nią od razu.

ER: Tak, są nawet przyzwyczajeni do takiego schematu, że każe im się brać w czymś udział, że nie mogą decydować o swoim uczestnictwie, tylko odgórnie, na przykład poprzez polecenie nauczyciela, mówi im się, że muszą się w coś włączyć. To po pierwsze nie jest dobrowolny udział, a po drugie – często działania, do których są wciągani, są pomyślane tak, że nie ma w nich miejsca na własną kreację i samodzielne myślenie, wszystko zostało już wymyślone i teraz trzeba to jedynie wykonać. Mam taką smutną konkluzję, że niewiele osób pyta młodych ludzi o to, czego oni chcą i co im odpowiada.

WI: Gimnazjaliści mają strasznego pecha, bo są demonizowani, traktowani jako jedna z trudniejszych grup, z którą nie warto rozmawiać i działać, bo nic z tego dobrego nie wyjdzie – można tylko otworzyć puszkę Pandory gimnazjalnych wad i okropności okresu dojrzewania.

ER: To też był mój problem. Pesymistyczne nastawienie niektórych do działań z tą grupą bardzo mnie demotywowało. Ale cóż, pomyślałam, spróbuję! I udało się – zebraliśmy grupę, która chciała działać. Nawet po zakończeniu projektu! To dało mi poczucie, że można być sprawczym, że nie jest tylko tak, że trzeba się wpisywać w czyjąś retorykę i że na pewno inni wiedzą lepiej, a ty, choć czujesz, że się z tym nie zgadzasz, nie możesz nic zrobić.

WI: Zdecydowanie mocną stroną twojego projektu jest to, że weszliście w dialog, potraktowaliście siebie jako pełnowartościowych ludzi. Ty nie patrzysz na uczestników projektu jak na gimbazę, ale jak na młodych ludzi, którzy mają własne perspektywy i spojrzenie na świat, jesteś ciekawa tego spojrzenia. Dzięki temu twoja grupa nie patrzy na ciebie jak na panią z GOK-u, która daje polecenia, a te należy wykonać, ale nie ma o czym dyskutować. Pojawił się dialog zamiast jednopasmowej transmisji poleceń. Stworzyłaś bardzo elastyczną przestrzeń.

ER: Cieszę się z tego, co powstało w trakcie naszych wspólnych spotkań – relacje, które udało nam się zbudować i które są na tyle trwałe, że dalej chcemy ze sobą współpracować. Wiesz, efekt projektu „Kreatywność klatka po klatce” był super. Na seans filmu dokumentalnego z naszych działań oraz animacji poklatkowych przyszło sporo ludzi, ale największą radością jest dla mnie ten cały proces –zmagania się ze sobą i tworzenia grupy.

WI: Będziecie kontynuować współpracę?

ER: Tak, młodzież jest zdeterminowana do działania. Oni tego potrzebują – takie projekty, działania tworzą przestrzeń do spotkań, powodują, że poza domem i szkołą można gdzieś pogadać i coś razem zrobić. W ten sposób powstała baza wypadowa. Wkrótce zamierzamy zrobić burzę mózgów i zaplanować kolejne działania. Chciałabym, żeby wynikały one z potrzeb, oczekiwań i zainteresowań tych młodych. Projekt jest w głównej mierze dla ludzi, a nie dla instruktora, organizatora czy animatora.

WI: Masz swoją definicję animatora?

ER: Po udziale w „DIY. Tryb warunkowy” myślę, że animator to osoba, która nie boi się zaproponować czegoś nowego i nie traktuje tego, co nie wyszło, jako porażki, ale jako pretekst do rozwoju i pójścia dalej. W takim nieustającym procesie i przyglądaniu się innym oraz sobie jest się ciągle w działaniu. Animator to osoba pełna empatii, która potrafi rozmawiać z ludźmi, słuchać ich i dla której ważne są zasłyszane treści. Animator potrafi dostrzec możliwości tam, gdzie inni je przegapiają albo po prostu ich nie chcą widzieć. Poza tym nadzwyczaj ważna jest tu wytrwałość, bo –nie ukrywajmy– praca animatora to też często poświęcenie prywatnego życia dla innych. Ale jeżeli lubi się to, co się robi, to jest najważniejsze! Trzeba lubić ludzi! Ja lubię.

WI: Super, życzę wytrwałości!