Rozmowa z Klaudią Krawczyk-Łyżczarz, uczestniczką projektu „DIY. Tryb warunkowy”:

Postawa rodziców podczas takich zajęć jest bardzo ważna – powinni współuczestniczyć w zabawie i czuwać nad poszerzaniem pola eksploracji.

Wera Idzikowska: W ramach programu „DIY. Tryb warunkowy” zrealizowałaś swój autorski projekt „Praktyka czyni dzieckiem”, polegający na organizacji warsztatów twórczych skierowanych do dzieci z Sułkowa i okolic. Jeden z modułów projektu zatytułowany „Chaos kontrolowany” adresowany był do tak zwanychnajnajów, czyli dzieci w wieku 1–3 lat. Dlaczego zdecydowałaś się na takie działania?

Klaudia Krawczyk-Łyżczarz: Po pierwsze dlatego, że sama jestem mamą brzdąca w wieku dwóch lat i chciałam połączyć opiekę nad Kacprem z działaniami w ramach programu. Po drugie – w Sułkowie, który jest małą wioską w powiecie wielickim, nie ma zajęć skierowanych do tej grupy dzieci. No, chyba że zajęciami dla najnajów nazwiemy to, że lokalna świetlica udostępnia rodzicom i dzieciom swoje progi, żeby mogli tam poczytać dziecku książeczkę czy razem z dzieckiem zająć się kolorowanką…

WI: Jak powinny wyglądać zajęcia dla najnajów?

KKŁ: Przede wszystkim powinny opierać się na zabawie – na poznawaniu świata w zabawie, w eksperymencie. W ten sposób dzieci się rozwijają, mogą eksplorować otoczenie w bezpiecznych warunkach, bo w zabawie współuczestniczą rodzice, jednocześnie nie stawiamy przed dziećmi wyraźnych granic, one są elastyczne do tego stopnia, w którym zamyka się bezpieczeństwo dziecka. Postawa rodziców podczas takich zajęć jest bardzo ważna – powinni współuczestniczyć w zabawie i czuwać nad poszerzaniem pola eksploracji. Niestety, w trakcie moich zajęć dla najnajów zdarzały się momenty, że rodzice nieumyślnie hamowali swoje dzieci – a to się nie ubrudź, a to trzymaj rękę tak, a nie inaczej… Dziecko to bardzo ogranicza i powoduje mętlik w jego głowie, ono nie wie, co może, a czego mu nie wolno, gdzie przebiega granica i dlaczego.

WI: Poprowadziłaś sześć warsztatów dla najnajów – jak wspominasz swoje zajęcia?

KKŁ: Pierwsze warsztaty pomogła mi skonstruować i tak naprawdę rozkręciła Dorota Ogrodzka, która była moją opiekunką w programie.Kolejne warsztaty prowadziłam już sama. Zrobiłam między innymi dużą tęczę z pleksy, którą dzieciaki mogły wymalować czym tylkochciały: pędzlami, gąbkami, rękami! Przygotowywaliśmy też wspólnie ciasteczka – pod opieką dorosłych dzieci wsypywały różne produkty do misek, tyle, ile same uznały za słuszne, potem wszystko to miksowaliśmy, piekliśmy, a na końcu… podarowaliśmy rodzicom. Ciasteczka były bardzo słone, ale rodzice dali radę i zjedli wszystkie podarunki!

WI: Skąd brałaś pomysły na warsztaty?

KKŁ: Dużo inspiracji podrzuciła mi Dorota, wykorzystałam też to, co sama znalazłam w Internecie – przeglądałam strony internetowe i podpatrywałam, jak zachowują się inni podczas takich działań. Razem z moim synkiem odwiedziłam też Dom Kultury Insoirow Podłężu, gdzie prowadzone są zajęcia dla najnajów.

WI: Jesteś już po zakończeniu swojego projektu. Jakie są twoje wrażenia?

KKŁ: Było świetnie! Nauczyłam się nowych zabaw z dziećmi i przestałam się obawiać, że jakaś zabawa może mi nie wyjść. Chciałabym jeszcze kiedyś uruchomić podobne działania. Ale zobaczymy… Kiedy wychodzę z Małopolskiego Instytutu Kultury, zawsze mam w sobie chęci do działania, a potem, kiedy wracam do domu, wszystko nagle znika… Chciałabym mieć jakiś zespół ludzi w Sułkowie, który współtworzyłby ze mną warsztaty i spotkania. Na razie mam tylko kogoś, kto otworzy lub zamknie świetlicę, wpuści dzieci lub je wypuści. Brakuje mi osób, które na serio zaangażowałyby się w tworzenie miejsca dla dzieciaków. Na moich zajęciach bywały kłopoty z zaangażowaniem rodziców, niektórzy przychodzili tylko po to, żeby „zdać” dziecko, odpocząć,mieć czas, żeby porozmawiać z koleżankami lub kolegami… To bardzo dołujące. Mimo to mam już nowe pomysły. Bardzo chciałabym zorganizować dla dzieci jakąś niespodziankę na Dzień Dziecka w przyszłym roku. Myślę też, żeby wesprzeć rodziców i dzieci, którzy czekają w kilkugodzinnych kolejkach do lekarza w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu, gdzie cyklicznie bywamy z Kacprem. Może fajnie byłoby uruchomić w tym przykrym czasie jakieś gry i zabawy dla najmłodszych, żeby na chwilę oderwali myśli od szpitala, od lekarzy, od choroby i po prostu zaczęli się bawić.

WI: Jedno słowo, które kojarzy ci się z udziałem w programie „DIY. Tryb warunkowy”?

KKŁ: Dorosłam.

WI: Dziękuję za rozmowę!