Rozmowa z Iwoną Górską, uczestniczką projektu „DIY. Tryb warunkowy”:

Dzieci nie traktuje się jak partnerów do rozmowy. A szkoda. Mali ludzie mają wiele do powiedzenia!

Wera Idzikowska: Projekt „DIY. Tryb warunkowy” skierowany jest do animatorów społeczno-kulturowych z ośrodków wiejskich w Małopolsce. Jesteś jedyną osobą uczestniczącą w projekcie, która nie mieszka na wsi – zrobiliśmy ten wyjątek, bo bardzo przekonało nas to, co napisałaś w swoim formularzu zgłoszeniowym: że mieszkasz w Gorlicach, ale chcesz działać na terenie całego Beskidu Gorlickiego, budując pomosty między różnymi społecznościami zamieszkującymi te tereny.

Iwona Górska: Od jakichś dwóch lat, odkąd wróciłam do Gorlic po studiach, rozmyślałam o zrobieniu projektu społeczno-kulturowego dotyczącego korzeni, powrotu do korzeni, powrotu do Gorlic i do tych terenów. Ja sama całkiem niedawno dowiedziałam się, że mam pochodzenie łemkowskie, mój pradziadek ze strony ojca był łemkowskim maziarzem.Łemkowie stanowili znaczną grupę zamieszkującą Beskid Niski do czasu Akcji Wisła…Zaczęłam mocniej interesować się swoim pochodzeniem, ale też tym tyglem kulturowo-etnicznym, który od lat zamieszkuje okolice Gorlic, tradycjami, historiami, punktami przecięć różnych kultur.Tak się złożyło, że po powrocie do Gorlic zostałam zatrudniona w gorlickim Hufcu Pracy . Kilka miesięcy temu w ramach OHP napisaliśmy duży projekt na wymianę młodzieżową do Erasmus+ i otrzymaliśmy grant. Mówię o tym dlatego, że ja się nawet tym grantem trochę martwiłam, bo w tym czasie dostałam się również do projektu „DIY. Tryb warunkowy” i akurat wtedy, kiedy miałam realizować wymianę międzynarodową w Gorlicach  w ramach Erasmusa + , miał się również odbywać trzeci „Narzędziownik” dotyczący projektowania gier terenowych. Tym zbiegiem terminów trochę się przejęłam, o wiele mocniej wkręciłam się w swój etniczno-kulturowy projekt w ramach „DIY. Trybu warunkowego” niż w ten o wiele większy projekt Erasmusa+ . Byłam właśnie na etapie poszukiwania metody, jaką chciałabym zastosować w swoim małym lokalnym projekcie. Chyba mam sporo szczęścia, bo jakoś parę dni przed tym trzecim „Narzędziownikiem” okazało się że nie dojdzie do realizacji projektu w ramach Erasmusa+. Oznaczało to, że mogłam swobodnie uczestniczyć w warsztatach z gry terenowej! [śmiech] Najważniejsze dla mnie było to, że mogłam się skupić na tym, na czym mi bardzo zależało – na projekcie dotyczącym moich korzeni.

WI: Twój projekt w skrócie składa się z warsztatów twórczych dla dzieci w Szymbarku i w Ropicy Polskiej, razem z dzieciakami robicie lalki motanki czy na przykład projektujecie koszulki, ale też rozmawiacie o kulturze Pogórzan, Łemków. Zwieńczeniem całości ma być gra terenowa dla dzieciaków w skansenie w Szymbarku, dotycząca korzeni kulturowych ludzi, którzy zamieszkują tereny Gorlic, a więc może – korzeni tych dzieci.

IG: Wiesz, dla mnie to jest bardzo ważny temat nie tylko ze względu na mnie samą. Nie chcę po prostu dopuścić do tego, żebyśmy utracili pewne dziedzictwo – jeżeli nie będziemy o nim rozmawiać, nie poznamy pewnych tradycji, to nie będą one dla nas istnieć, aż w pewnym momencie znikną, bo nie będzie już tych, którzy je pamiętają. Bardzo się cieszę, że wiem, skąd wychodzą moje korzenie. Dziś, kiedy jesteśmy po falach emigracji, kiedy kultury rozmaitych narodów z łatwością mogą się ze sobą przenikać,ważne jest, żeby pielęgnować pamięć o korzeniach, żeby nie sfiksować i nie stać się wydmuszką, w którą da się wcisnąć wszystko, bo zmienia się ona wedle koniunktury kulturowej. W tym można się pogubić, dbałość o tożsamość kulturową jest równie ważna jak dbałość o higienę osobistą. I nie oznacza wcale zamknięcia na inne kultury, wręcz przeciwnie – jesteśmy wtedy ciekawi innych kultur, szanujemy je i chcemy poznać, zrozumieć. Ludzie wyjeżdżają na rok do Anglii, wracają do Gorlic i manifestują, że nie znają polskich słów… To bezmyślne i głupie. Kim w takim razie są? Wstydzą się swojego pochodzenia? Nie rozumiem tej gry. Wiele osób nie chce wiedzieć, że ma korzenie żydowskie czy łemkowskie, ponieważ to się wiąże z traumami naszej historii. Rozumiem, że to trudne, ale też uważam, że powinniśmy zacząć wychodzić naprzeciw tym problemom, przepracowywać traumy, rozmawiać – poszukiwać modeli, które pomogą nam odczarowywać niechciane tożsamości i przede wszystkim opowiadać o nich następnym pokoleniom bez zbędnych wartościowań. U nas, w Gorlicach, niewiele się w tej sprawie robi, dzieci wiedzą tylko, że na imprezach grają jakieś zespoły łemkowskie, ale co to znaczy, co z tego wynika? Dzieci nie traktuje się jak partnerówdo rozmowy. A szkoda. Mali ludzie mają wiele do powiedzenia!

WI: Ty zaczęłaś z nimi rozmawiać.

IG: Tak, ale dla mnie to jest ogromne wyzwanie, bo na co dzień pracuję jako wychowawca młodzieży i nie mam doświadczeń w pracy z dzieciakami. Cały czas zastanawiam się, czy mój język jest zrozumiały, czy mówię tak, żeby dzieciaki mogły w tym znaleźć coś dla siebie. Żeby to było spójne, logiczne i na tyle charyzmatyczne, żeby dzieci mnie słyszały. Różnie z tym pewnie bywa, ale pracuję nad sobą! Przez te warsztaty mam styczność z dziećmi, a zawsze chciałam z nimi pracować, działać, tworzyć…  Już myślę o kontynuacjach – nie chcę tracić kontaktu z dzieciakami.

WI: Myślę, że nie masz problemów z charyzmą –do swojego projektu pozyskałaś mnóstwo partnerów!

IG: To raczej efekt uśmiechu, rozmowy, spotkania z drugim człowiekiem. Ja w ogóle traktuję ten projekt lokalny jako pretekst do spotkań z ludźmi, to oni są siłą wszystkiego, co się w tym projekcie wydarza! Dzięki spotkaniom i rozmowom uruchomił się taki fajny efekt „podaj dalej”.Rozmawiałam o projekcie z Marzeną Podobińską z Ośrodka Kultury Gminy Gorlice w Ropicy Polskiej, Marzena chwilę potem zadzwoniła do pana Bogdana Gorczycy z filii w Bielance, pan Gorczyca zebrał swoich ludzi i nagle mamy w projekcie dwadzieścia osób! Wszystko się samo nakręca, wystarczy wyjść do ludzi.

Ludzie stanowią ogromną siłę. Tak samo myślę o całym projekcie „DIY. Tryb warunkowy”.Spotkania z innymi animatorami to duża wartość, można wspólnie zadziałać podczas „Narzędziowników”, obgadać wątpliwości, pomysły. Na początku – kiedy omawialiśmy wiele spraw w grupie, robiąc podsumowanie tego, co się wydarzyło – pomyślałam, że to nie dla mnie, że to jakaś okropna terapia! A teraz, kiedy poznałam lepiej grupę, widzę, że się ze sobą dogadujemy, i chce mi się te wszystkie rzeczy obgadywać, nie mam już z tym kłopotu. To, że wiemy o sobie tyle rzeczy, że mimo różnic tworzymy zgrany zespół, jest zaskakujące – na normalnym szkoleniu nie dałoby się tego osiągnąć. Tak, „DIY. Tryb warunkowy” to nie jest typowe szkolenie, to jest takie fajne spotkanie z innymi ludźmi, którzy w odpowiednich warunkach mogą uczyć się od siebie nawzajem. I szaleństwo!

WI: Dziękuję za rozmowę!