Otwieranie zasobów, zarówno w sensie technologicznym, jak i prawnym, staje się zauważalnym trendem. Instytucje publiczne powoli uczą się, w jaki sposób skutecznie udostępniać swoje dane i zachęcać do ich powtórnego wykorzystania. Idea otwartych zasobów realizowana jest również przez organizacje pozarządowe, które z założenia starają się zmieniać rzeczywistość i w tym celu próbują zapewnić dostęp do efektów swojej pracy możliwie najszerszej publiczności.

Wszędzie tam, gdzie zamiast znaczka © pojawia się symbol którejkolwiek z wolnych licencji, możemy mieć pewność, że zostaliśmy zaproszeni do wspólnego korzystania, doskonalenia i dalszego rozpowszechniania treści.

Ale uwolnienie zasobów z prawnoautorskiego reżimu, choć jest procesem czasochłonnym i trudnym, stanowi jedynie krok na drodze do pełnej otwartości. Idea “wolnej nauki”, “wolnego oprogramowania“ czy “wolnej kultury” realizuje się dopiero w momencie, w którym otwarte zasoby trafiają w ręce użytkowników i są przez nich ulepszane, modyfikowane, dostosowywane do ich realnych potrzeb.

W działalności kulturalnej potrzeba aktywizowania odbiorcy jest widoczna wyjątkowo wyraźnie. W Małopolskim Instytucie Kultury zwykliśmy mawiać, że “kultura albo jest w obiegu, albo nie istnieje”. Wierzymy, że zasoby kultury mają największą wartość nie wtedy, kiedy zostaną zamknięte w muzealnej gablocie lub archiwum, ale wtedy, kiedy są stale i na nowo interpretowane, wykorzystywane do wspólnych i osobistych celów.

Istnienie internetu jest w tym kontekście niezwykłym technologicznym błogosławieństwem. Żyjemy w czasach, w których od niemal całego dziedzictwa kulturowego ludzkości może dzielić nas zaledwie kliknięcie myszą lub dotknięcie ekranu. Czas i przestrzeń przestają być ograniczeniem – otuleni kocem w zimowy wieczór, możemy wypełnić wnętrze krakowskiego mieszkania muzyką do niedawna dostępną jedynie na kasetach sprzedawanych na ulicznym bazarze w Ghanie w latach siedemdziesiątych lub obejrzeć arcydzieła flamandzkich mistrzów wystawianych w amsterdamskim Rijksmuseum.

Ale sama dostępność zasobów to wciąż za mało, by włączyć zapomniane lub niepopularne teksty kultury w obieg. Nowoczesne instytucje, organizacje i projekty kulturalne zaczynają godzić się z faktem, że nie są w stanie przewidzieć wszystkich możliwych sposobów wykorzystania swoich cyfrowych zasobów. Zamiast rozbudowywać swoje aplikacje internetowe o ryzykowne funkcjonalności, które mogę nie spotkać się z zainteresowaniem użytkowników, decydują się na inny krok – budują otwarte API.

API, w dużym uproszczeniu, jest zestawem reguł, tłumaczących jak programy mogą komunikować się ze sobą. Dzięki otwartemu API, na bazie naszej aplikacji i wykorzystywanych przez nią danych, można budować kolejne programy komputerowe o zupełnie innych funkcjach. Innymi słowy, udostępniając API, uwalniamy nie tylko nasze zasoby, ale również funkcje aplikacji, które sami stworzyliśmy. Dzięki temu wykonana przez nas praca nie musi być powielana w kolejnych projektach, może za to stać się podstawą genialnej aplikacji, której sami nigdy byśmy nie wymyślili lub na którą nie mamy środków.

Jak łatwo sobie wyobrazić, dobrze wykonane i udokumentowane API daje możliwość zaproszenia do współpracy programistów – grupy niekoniecznie kojarzonej z sektorem kultury, ale niezwykle w nim potrzebnej; organizowania hakatonów i konkursów na aplikację wykorzystującą cyfrowe zasoby kulturalne, może również realnie przyczyniać się do wzrostu gospodarczego poprzez dostarczanie zasobów inicjatywom o charakterze komercyjnym.

Ciężko o pełniejsze wykorzystanie możliwości internetu – otwarte API powinno być dla nowoczesnej inicjatywy kulturalnej ważnym elementem strategii obecności w cyfrowym świecie.