Jeden z moich ulubionych (radiowych) bohaterów dzieciństwa, dziadek Poszepszyński, zwykł powtarzać „palce lizać”. Lubił bowiem prostą przyjemność smakowania chleba z dżemem. Można oczywiście powiedzieć, że niewiele więcej mógł ten emeryt peerelowski oczekiwać od życia. Można też docenić prostotę przyjemności, której doświadczenie wymaga przede wszystkim koncentracji na jednym.
Dlaczego o tym mówię? Bo są na świecie tacy, którym wystarczy w muzeum prosty kontakt z obiektem. Przychodzą zobaczyć obraz. Oglądają go. Jest przeżycie. Wystarcza. I rzeczywiście niektórzy odwiedzający muzea nie potrzebują więcej. Co więcej, będą uciekać przed multimediami, warsztatami i innymi formami przymusowej partycypacji.

Nie łudźmy się jednak, że taki kontakt z dziełem jest „czysty” i niezapośredniczony: przecież ci „mało wymagający” odbiorcy są tak naprawdę dobrze przygotowani do wizyty, a samo muzeum szczerze mówiąc niewielki miało w tym udział. Dobrze wykształceni, zainteresowani dziedzictwem, ceniący wyrafinowane przyjemności ludzie o otwartych głowach i wykształconym smaku są bez wątpienia ważną grupą gości muzealnych. Opiniotwórczą. Nieliczną. I zawyżającą standardy.

Nie sugeruję tym samym, że większość ludzi przychodzących do muzeów jest nierozgarnięta i trzeba ją tam ciągnąć na siłę. Jednak różnice w kapitale kulturowym gości są duże i uniemożliwiają stworzenie sensownej, jednolitej oferty wystawienniczej, jaka usatysfakcjonowałaby wszystkich. Potrzebujemy w muzeach sytuacji dostarczających różnorodnych doświadczeń, także takich, które zapewniają samotną kontemplację dzieł. Przede wszystkim jednak wyzwaniem jest udostępnianie wiedzy, pasji i innych zasobów, jakimi dysponują muzea. Przy udostępnianiu konieczny jest proces interpretacji, a więc zarządzania treściami, a nie tylko prezentacji obiektów.

Między innymi dlatego potrzebujemy w muzeach interpretatorów, czyli takich ludzi, którzy mają łączyć z sobą światy publiczności i ekspertów. Projekt „InHerit” na pierwszym etapie ma na celu stworzenie profilu kompetencyjnego opisującego interpretatora. Pracujemy nad modelem idealnym osoby, która sama z siebie jest ciekawa świata, otwarta, uprzejma… a do tego ma kilka konkretnych umiejętności społecznych i zawodowych. Jako praktycy pracy warsztatowej i entuzjaści wspierania procesu wyobrażamy sobie, że taki ktoś zarządza intersubiektywnością, dąży do wytworzenia w miarę partnerskich relacji w grupie, wzmacnia i docenia predyspozycje gości, wspiera różnorodność. Ale jak można wspierać rozwój zawodowy takiej osoby? Jakie kompetencje powinno się rozwijać? Wreszcie, jak skutecznie promować i popularyzować potrzebę tak rozumianej interpretacji w muzeum?

Chcemy stworzyć w InHericie taki program szkoleniowy, który obejmowałby trening umiejętności komunikacyjnych i edukacyjnych, ale także zawierał praktyczną wiedzę dotyczącą na przykład tworzenia dobrych komentarzy i podpisów do eksponatów czy projektowania wystaw zachęcających gości do wyrażania swoich opinii. Docelowo kursy przygotowujące do pracy interpretatorów dziedzictwa (to, swoją drogą, wciąż nazwa robocza) mogłyby stać się częścią studiów lub stanowić samodzielną ofertę nieformalnej edukacji dorosłych.

Partnerzy z InHeritu nie są związani wyłącznie z muzeami, w rzeczywistości muzealników tym gronie prawie nie ma. Są natomiast przedstawiciele parków narodowych, uniwersytetu i organizacji zajmujących się edukacją. Aby program kursu był dobry, potrzebujemy więc dobrze zdiagnozować potrzeby szkoleniowe tych, którzy często nawet o tym nie wiedząc, zajmują się interpretacją dziedzictwa. Jesteśmy otwarci na wszelkie związane z tym sygnały i sugestie od Czytelników Muzeobloga.

A wracając do dziadka Poszepszyńskiego, ostatecznie jedną z wartości dobrej wizyty w muzeum może być przyjemność. Nie tylko satysfakcja z wynoszonej wiedzy, ale także obecne w mlaskaniu „palce lizać” docenienie chwili. I porządni interpretatorzy nie mogą o tym zapominać. Oczywiście muzea nie muszą koniecznie dostarczać przyjemności, czasem powinny budzić niepokój, ale pamięć o prostych przyjemnościach jest dla nas wszystkich, przy interpretacji, wyraźnym apelem o prostotę. Tego raczej nie da się szybko nauczyć (sama niestety wiem najlepiej), ale przynajmniej chlebek z dżemikiem pozostaje dobrym dowodem na to, że dla dobrego przeżycia nie trzeba wiele, choć akurat uwaga wydaje się konieczna. I bezcenna.