Co jest dobrze robić latem, aby głęboko i bez wątpliwości poczuć się wakacyjnie?

Nadmorskie kurorty oferują dziwne odpowiedzi na to pytanie. Udany wypoczynek wiąże się, według tutejszych recept, z kupowaniem sobie małych, krótkotrwałych przyjemności: wykorzenionych z poczucia potrzeby, a więc „zbytecznych”, takich, na które można sobie pozwolić w ramach zaprogramowanej wakacyjnej beztroski. Ponieważ do końca nie jest pewne, co zrobić, aby taki stan osiągnąć, propozycje są różne: „warkoczyki afrykańskie”, „tatuaże tymczasowe”. „zimna wódka”, „pierś po turecku”, „wszystkie topy 50%”.

Wszystko krzyczy, że tylko tutaj spełnienie tych ochotek jest możliwe i uzasadnione.

Chodzą po deptakach pogodzone z małą stabilizacją rodziny, na moment wytrąciwszy się z potocznego życia, w którym zatarły się na dobre wskaźniki satysfakcji. I świetnie, niech ludzie wydają swoje ciężko zarobione pieniądze na co chcą, tylko niech będą przy okazji szczęśliwi.

A kiedy już, zaopatrzeni w mnóstwo przedmiotów koniecznych, lądują nad morzem, potrzeba nieustannego robienia czegoś wcale się nie kończy. I świetnie, niech grają, jedzą, piją i pływają (jak mają odwagę). To morze staje się szybko drugoplanową scenografią, nie dostarczając (majestatycznego) spokoju, bo mało kto dba o ten spokój.

Przypomniał mi się w tych okolicznościach przyrody niedawny koncert kantat Bacha, w którym uczestniczyłam (a nie tylko słuchałam). Radość tego niezwykłego wydarzenia wiązała się zarówno z wybitnym warsztatem muzyków, którzy wkładali weń siebie samych, i swoją radość, i umiejętności, jak i ze stylem prowadzenia tej doskonałej harmonii przez dyrygenta.

Kantaty Bacha są bardzo dynamiczne, czasem prawie frywolne, ale całkiem odległe od współczesnego ADHD. Bo są oparte na (majestatycznym) spokoju, który wcale nie oznacza nudy, ani tym bardziej nie zaprzecza lekkości. A więc dyrygent, po którym było od razu widać, że był świetnie przygotowany i miał pełną wizję i jasność tego, jak ma być, a każdą nutę z pewnością znał na pamięć, od czasu do czasu pod nosem… podśpiewywał sobie „pam-pam”. Pomijał wszystkie bachowskie „Hertz”, „liebe” i inne szlagierowo dziś brzmiące słówka, ujmując wszystko w swoim „pam-pam”. Niezwykła lekkość wybitnego dyrygenta połączona ze spokojem pozwoliła mu prowadzić zespół tak, że go uskrzydlał i jednocześnie wskazywał trajektorię lotu.

Pomyślałam wtedy o innym muzyku (solo), o Keithie Jarretcie, który w słynnym koncercie kolońskim urzeka podśpiewywanymi pod nosem melodiami. To one pięknie dopełniają to, co gra na pianinie.

Wracam jednak do wakacji, choć wygląda na to, że beztroska wcale nie ogranicza się do lata (co więcej, szczęście może być częścią pracy zawodowej). Ja, w każdym razie – wakacyjnie – dostałam swój kawałek morza: potrzebowałam tylko (i aż) jednego kadru. I po pewnym czasie ze spokojem mogłam ten kadr dodać do pewnej kolekcji, powracając do mojego (ponad) lokalnego muzeum, o którym poniżej. (Jest w nim nieskończenie wiele ekspozytorów do uzupełniania, zapraszam!)

Przedstawiam:

Muzeum Beztroski im. Pam Pam
Oto kolekcja stała, choć z natury rzeczy tymczasowa i zmieniająca się.
Kilka eksponatów jest w depozycie (ale pod dobrą opieką konserwatorską).
1. Pam pam (charakterystyka powyżej)
2. Motyle (zwłaszcza cytrynki, zwłaszcza niezłapane w siatkę i nieprzyszpilone)
3. Kamyki znad morza (znak akceptacji przemijania krótkotrwałej urody rzeczy?)
4. Lizak albo dropsy (małe jest piękne, w dodatku cieszy)
5. Gwizdanie (byle nie na pokładzie)
6. Huśtanie hamaka (zwłaszcza w dolinie)
7. Bosonogość (czy raczej nogobosość [?], zwłaszcza w połączeniu z trawą rano)
8. Wschody i zachody: słońca, gwiazd, księżyca
9. Dźwięk harmonii w oddali
10. Chwasty, co zachwycają kwitnieniem
11. Podróż pociągiem z głową na wietrze
12. Dźwięk szklanych kulek (paciorków?)
13. Słowa: „wolność” i „aha” (wiem, że wolność wcale niekoniecznie łączy się z beztroską, ale wraz ze słowem „aha”, daje radę w tej kolekcji)
14. Ławeczka
15. Kolorowe balony (mogą być napełnione helem)

Pytanie: jak można sobie pozwolić na beztroskę, mając w tyle głowy troskę ostateczną (lęk przed śmiercią)? Chyba moja odpowiedź dnia brzmi, że troska ostateczna jest zawsze (i czasem smutek jest OK.), a beztroska: tu i teraz.

Czy beztroska zdarza się tylko w nawiasie od potoczności?