Często z zaskoczeniem odkrywamy, jak bardzo różni się odbiór wystawy, kolekcji czy w ogóle muzeum w zależności od tego, czy zwiedzającym był muzealnik czy nie. Jednocześnie wciąż, często dość natrętnie upominamy się o uwzględnienie perspektywy zwiedzających, ich (niezawinionej) niewiedzy i zdarzającego się braku motywacji do zwiedzania muzeów. A ponieważ zespół Dynamiki Ekspozycji również nie ma już do końca tak zwanego zwykłego spojrzenia na wystawę, zaprosiliśmy w wakacje na łamy Muzeobloga stażystkę, Maję Krawiec, dla której muzea nie są miejscami szczególnie bliskimi, a z pewnością nie wiążą się z działaniami zawodowymi. Ceniąc świeże spojrzenie obecne w relacjach, przy czytaniu których nierzadko i nam otwierają się oczy ze zdziwienia, zapraszamy Czytelników Muzeobloga do lektury recenzji muzealnych Mai, a także – jak co roku- do nadsyłania swoich relacji.

Zwiedzanie. Niektórym kojarzy się z bezmyślnym chodzeniem za przewodnikiem. W obcym mieście, po muzeum. Moje pierwsze skojarzenie związane z muzeum to przede wszystkim charakterystyczny, niezbyt przyjemny zapach wilgoci oraz za duże „pantofle”, które świetnie sprawdzały się podczas ślizgania po muzealnej podłodze w czasie szkolnych wycieczek. Później nadszedł czas na bardziej przemyślane zwiedzanie. Bardziej z własnej, nieprzymuszonej woli, jako kolejny punkt wycieczki, coś do odhaczenia na liście rzeczy do zrobienia i zobaczenia w czasie i tych dalekich, i tych bliższych wojaży. Wstyd się przyznać, ale kiedyś zwiedzałam więcej muzeów „obcych”, zagranicznych, a te, które były blisko i pod ręką, czekały na moją uwagę przez długi czas. Na szczęście przyszła pora i na nie. Nie tylko podczas organizowanych nocy muzeów, kiedy po oczekiwaniu w długiej kolejce w końcu uda się nam wejść (albo i nie), można poczuć tę przyjemną atmosferę oraz spotkać znajomych. Można tego doświadczyć również w ramach spędzania niedzieli na ukulturalnianiu. Zdarzały się także nieprzypadkowe wyjścia na wystawy, które TRZEBA zobaczyć, wzbudzające kontrowersje oraz bliskie zainteresowaniom.
Moim ambitnym postanowieniem na to lato, podjętym trochę z przymusu, ale jednak bardziej z własnej chęci, jest odwiedzenie, częściowo może wizytacja, różnych muzeów – bliższych i dalszych, małych i dużych, popularnych i zapomnianych.
W pierwszej kolejności skierowałam się do Domu Józefa Mehoffera. To niewielkie muzeum jest jednym z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie. Mieści się na ulicy Krupniczej – ulicy, którą przechodziłam setki razy i, szczerze mówiąc, dopiero niedawno zauważyłam, że znajduje się tam także kamienica, w której mieszkał i tworzył wybitny malarz. Nie jest to miejsce szczególnie dobrze oznaczone i zachęcające przechodniów czy turystów, żeby wstąpili. W te dni, kiedy temperatura w Krakowie wynosi powyżej 30 stopni, staram się szukać nie tylko takich miejsc, gdzie można się ochłodzić przy niezbyt zdrowej klimatyzacji, ale też cienia z odrobiną zieleni. Najlepiej, kiedy nie są to zatłoczone, głośne Planty, ale miejsce ciche i spokojne. Muzeum spełnia wszystkie powyższe wymagania, ponieważ na tyłach Domu Mehoffera znajduje się piękny ogród, a w nim kawiarnia – tu, mimo że nadal jesteśmy w centrum miasta, można odpocząć po trudach miejskiej wędrówki. Muzeum nie jest szczególnie tłumnie odwiedzane. W czasie mojej wizyty spotkałam tylko 3 osoby, co nie jest najlepszym wynikiem, biorąc pod uwagę fakt, że sezon turystyczny jest teraz w pełni. Zauważyć można było pracowników muzeum, którzy snuli się śladami zwiedzających – można odnieść wrażenie, że jest się śledzonym. Opłaty są niewielkie, bilet ulgowy kosztuje tylko 4 zł, normalny 8 zł. W niedziele wstęp na wystawy stałe jest bezpłatny. Niestety muzeum nie posiada żadnych bezpłatnych folderów czy przewodników, które pomogłyby zapoznać się z postacią Mehoffera. Byłyby bardzo przydatne dla kogoś, kto trafił tu przypadkowo i nie zapoznał się wcześniej z informacjami na temat artysty oraz muzeum, a nie ma ochoty płacić za broszurę. Charakter pomieszczeń Domu Józefa Mehoffera starano się zachować taki jak dawniej. Wypełniają je zabytkowe meble oraz dzieła sztuki, witraże, obrazy, rysunki. W poszczególnych salach można znaleźć opisy w języku polskim i angielskim. Są to krótkie opisy sal oraz przedmiotów, które się w nich znajdują. Przedmioty opisane są w dosyć nieciekawy sposób. Podane jest, skąd pochodzi przedmiot oraz z czego jest zrobiony. Niestety czasami trzeba się domyślać, którego eksponatu dotyczy dany opis. Brakowało mi historii eksponatu, informacji, do czego służył. W pamięć zapadł mi gramofon, który wciąż działa i na życzenie zwiedzającego obsługa może go włączyć. Dzięki niemu możemy się przenieść do tamtych czasów, wyobrazić sobie, jak to było kiedyś.
Wydaje mi się, że najbardziej usatysfakcjonowani wizytą w muzeum będą turyści, których interesują dzieła Józefa Mehoffera, zarówno płótna, jak i witraże.