Tak, jak „grupa” to więcej niż zbiór pojedynczych osób, tak i „kolekcja” zawiera pewną obietnicę wartości dodanej. Co takiego tkwi zbiorze przedmiotów ponad to, że znalazły się w jednym miejscu? Czym charakteryzują się kolekcje i po co się je tworzy?
Pretekstem do tych rozmyślań stało się dla mnie odkrycie renesansu „kolekcji” w sklepach, które codziennie mijam. Owszem, już dawno zastanawiało mnie, dlaczego „kolekcją” nazywa się zbiór używanej odzieży oferowany do sprzedaży w sklepie z ubraniami na wagę. Moje wahanie definicyjne było związane przede wszystkim z tym, że zestawienie ciuchów, które się tam znalazły, jest przypadkowe. Być może jednak za „kolekcją” może przemawiać to, że ekspedientki wybrały niektóre z nich i wyeksponowały je na wystawie i manekinach?
banki
Intrygująco brzmią też „końcówki kolekcji”, odsyłają bowiem do jakichś pojemniejszych zbiorów rzeczy, zbiorów, do których w całości nie mamy dostępu, bo oferowane są same „końcówki”. Co to może oznaczać? Na przykład sugerować pewną linearność jako cechę kolekcji. Jest to coś, co ma początek i koniec, tym samym jest też pewną opowieścią. W końcu na przykład pokazy mody są reżyserowanymi widowiskami, w których nie bez znaczenia jest to, w jakiej kolejności pojawiają się prezentowane kreacje. Oczywiście „końcówki” to przede wszystkim to, co się nie sprzedało.
Czym jednak jest „kolekcja” w sklepie kosmetycznym? Może to na przykład zbiór produktów uporządkowanych i dostarczanych według pory roku? Letnie kolekcje składają się na kremy do opalania i przeciwko poparzeniom, zimowe zawierają kosmetyki na mróz. Czyli są funkcjonalne, odpowiadają na bieżące, praktyczne zapotrzebowanie.
Zostawiając na chwilę handel i jego specyfikę, chciałabym pobieżnie spojrzeć na kwestię kolekcji z innej perspektywy. Można zobaczyć te uszeregowane przedmioty jako próbę poszukiwań definicyjnych kategorii, ze względu na którą znalazły się koło siebie. Czyli szukając tego, co różne przedmioty łączy (i odróżnia od siebie), starać się dojść do „istoty gatunkowej”. W kolekcji łyżek znaleźć esencję „łyżkowości”, w kolekcji zegarów… no właśnie. Kolekcje powinny przecież odsyłać do czegoś więcej niż tylko do siebie. Oczekiwalibyśmy, że kolekcja zegarów odsłoni nam choć trochę tajemnicę czasu, ponad to, że pozwoli skoncentrować się na samych przedmiotach: ich swoistości, unikalności i typowości.
Wreszcie, za kolekcją stoi zawsze jakiś autor/ka. To, co odróżnia kolekcję od zbieraniny rzeczy, to jakaś myśl, którą chce przekazać. Kolekcja zawiera więc w sobie koniecznie jakiś przekaz. Zazwyczaj też łączy się z prezentacją: kolekcje tworzy się zazwyczaj po to, aby je udostępniać. Czy więc do zaistnienia kolekcji potrzebni są widzowie/odbiorcy przekazu?
W każdym razie, jak widać, jest to pojęcie bardzo pojemne. Wierzę, że poszukiwania jego codziennych i bliskich realizacji mogą być inspirujące do uchwycenia „kolekcyjności” kolekcji.